Narita-san i moja opowieść jak wbić się na japoński ślub

Narita-san – prefektura Chiba – Japonia

Nieśpieszne popołudnia mają swój leniwy urok. Czasem włóczęga gdzieś nas zaprowadzi, a czasem każe nam wziąć udział w czymś wyjątkowym. A wniosek jest tylko jeden – podróże zawsze nas ubogacają!

NARITA-SAN – UROKLIWA, ZATŁOCZONA ULICZKA:
Trafiając do Narity, miasta niedaleko Tokio, znanego w sumie jedynie z lotniska, przede wszystkim należy odwiedzić park i świątynie Shinsho-jin. Z takim właśnie planem tam skierowałem swoje zmęczone lotem nogi.

Mając na celu szybkie zwiedzenie zatłoczonej, malowniczej uliczki prowadzącej ze stacji Keisei-Narita Station, kierowałem się wprost na górę Narita (dygresja językowa, ‚san’ poza znaczeniem czysto grzecznościowym, ma też znaczenie geograficzne – góra).

Jakież było moje zdziwienie, gdy ulica okazała się prawie pusta. To jakże radujące mnie zawsze stwierdzenie, akurat w Japonii wywołało pewien niepokój. Dlaczego? No w sumie jest sobota. Powinno być tłoczno. Czyżby świątynia była zamknięta?

Szczęśliwie dla mnie i mojego planu zwiedzania, ten leniwy, upalny dzień zatrzymał gdzieś wielkie grupy wizytujących. Co prawda przed Niomon-em (buddyjskim wejściem do kompleksu bronionym przez dwa, drewniane posągi) było dość tłocznie, jednak porównując inne moje wizyty w tym miejscu, było prawie ‚pusto’.

Ponieważ, już pokonałem schody oraz urokliwy staw pełen błotnych żółwi, trafiłem na dziedziniec przed głównym garanem – czyli świątynią. Na prawo od niej znajduje się klasyczna trzy stopniowa pagoda. Jakim rozczarowaniem okazało się dla mnie, że pagoda jest z 1712 roku, a główna świątynia z 1968!

Tak właśnie nieśpiesznie czytałem o każdej z budowli i stało się coś niecodziennego.

Narita-san
Narita-san – garan

Zaczęto bić w bębny w głębi garanu. Doszedł do mnie intensywny zapach palonego drzewa sandałowego i nagle w niemiłosiernie palących promieniach słońca pojawiła się ona – panna młoda.

Wyglądała zjawiskowo, oczywiście ukryta za białym welonem. Zapach kadzideł, skwar, dźwięk rytmicznych uderzeń bębna, i jej nagłe pojawienie się wręcz przeniosło mnie do innej epoki.

I jeszcze ten zabawny klekot jej obuwia. Akurat dzień wcześniej czytałem o historii Japonii, więc wiedziałem, że były to geta. Drewniane ‚japonki’ na jednym lub kilku deseczkach. Nie dziwił mnie fakt, że pomagano jej pokonać schody. Patrząc na tę scenę, jakże przenoszącą w czasie, bawiłem się zabawną myślą: a gdyby zaczęła uciekać? Jakby to wyglądało? 🙂

Oczywiście biłem się z myślą czy uczestniczyć w samym rytuale ślubnym. Jednak pamiętając, że raz z dobroci serca spędziłem 3 godziny na ślubie koptyjskim, w środkowym Egipcie – zrezygnowałem. Postanowiłem sprawdzić jedynie jak przywita się ze swą wybranką kawaler czekający w garan.

I o zgrozo, nawet na nią nie spojrzał. Postawiono ją obok niego, grzecznie dygnęła i usiadła pomiędzy rozsadzonymi dwoma rodzinami. Ech te rytuały!

Narita-san

NARITA-SAN – PARK:
Znudzony obserwacją niezrozumiałych dla mnie rozmów i zachowań postanowiłem dalej delektować się włóczęgą. I magii tych kilku godzin nie jestem w stanie ubrać w oddające czar słowa. Park Narita jest stworzony do takich peregrynacji właśnie.

Narita-san

Narita-san

Narita-san

Narita-san

Narita-san

Narita-san

Narita-san

Narita-san

Narita-san

Ubogacony widokami, zapachami, dźwiękami i emocjami postanowiłem coś zjeść. Oczywiście lody matcha zawsze pojawić się muszą w Azji, ale też coś treściwszego znaleźć trzeba.

Z pełnym brzuchem i głową pełną nowych wspomnień i myśli wracałem do hotelu. Rozmyte światła miasta mi towarzyszyły. Ach takich nieśpiesznych, słonecznych dni potrzebuje każdy z nas. Czego każdemu życzę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.