Dziennik z podróży – Belize – dzień 4 – Punta Gorda i lot nad Belize

Punta Gorda – Belize – Dzień 4 – Dziennik z podróży

Czas płynął nam leniwie na północnym wybrzeżu Belize, jednak powoli należało kierować się z powrotem do Gwatemali. Najłatwiej było wrócić trasą, jaką przyjechaliśmy aczkowiek zwiedzanie znów tych samych miejsc to nie dla nas, tym bardziej tracenie dnia na sam transfer. Postanowiliśmy więc polecieć lotniczą taksówką z północy Belize (San Pedro) na południe, do miasteczka Punta Gorda. Po drodze lądując aż na 3 lotniskach (Belize City, Dangringa, Placencia). Tego dnia udało nam się rówież znaleźć przydomową plantację i manufakturę prawdziwej  belizyjskiej czekolady. Ale czy smacznej?

DZIEŃ 4:
Wspomnienia z pobytu na Ambergris Caye pozostały umiarkowane, natomiast Caye Caulker okazała się wyspą stworzoną specjalnie dla nas. Jakkolwiek je ocenialiśmy, nastał czas powrotu do Gwatemali. A że za 4 dni mieliśmy bilety na lot do Salwadoru, musieliśmy się śpieszyć. Jeszcze w Polsce wykupiliśmy bilety lotnicze do Punta Gorda. Sprawdziliśmy jeszcze, ile wypadków lotniczych miała wybrana przez nas linia – Maya Island Air – i ochoczo udaliśmy się na lotnisko.

Maya island air

Jak się spodziewaliśmy, zamówiona dzień wcześniej taksówka (meleks) nie przyjechała, więc łapaliśmy inną. Dodatkowo po obudzeniu nie byliśmy pewni, która jest godzina (aktualizacja telefonów przez wifi), a ochroniarz w hotelu nie chciał nas wypuścić, gdyż nie był pewien, czy na pewno dzień wcześniej zapłaciliśmy za nasz pokój. Tak więc już pierwsze godziny dnia okazały się wymagające. Mimo tych perturbacji, na lotnisko dotarliśmy na czas.

Lotnisko ma stary i nowy terminal, które zajmują dwie konkurencyjne linie lotnicze. Naszym okazał się ten starszy. 🙁 Odprawiliśmy bagaże, dostaliśmy zalaminowane karty pokładowe wielokrotnego użytku (!) i wygodnie rozsiedliśmy się na werandzie lotniska, oczekując na bording.

Maya island air

Oczywiście cała infrastruktura jest zupełnie odkryta, więc bawiło nas poranne obserwowanie funkcjonowania takiego małego portu lotniczego. Uważnie patrzyliśmy, jak pracownicy zaczynający pracę przechodzą przez kontrolę bezpieczeństwa, jak jakiś młody łepek chodzi wokół samolotu i go opukuje. Jak nasz cały dobytek leżał samotnie na stole z napisem Luggage check-in/claim. Jak facet z papierosem w gębie rozmawiał z innym przy beczkach z paliwem lotniczym. Zahipnotyzowani tymi widokami kwitowaliśmy to wszystko myślą: ech – Karaiby!

 

Nastał czas boardingu. Tylko my mieliśmy bagaż rejestrowy, więc mogliśmy uważnie obserwować, jak się z nimi obchodzi pracownik lotniska. Łepek opukujący pół godziny temu samolot okazał się naszym pilotem. 🙂

Nasz samolot Cessna 208 Caravan okazał się wygodnym i w miarę swoich możliwości przestronnym samolotem. Po czasie dowiedzieliśmy się, że to właśnie w tym modelu, w tej linii, 7 lat wcześniej ginęło 12 pasażerów. Trasa była jednak odrobine inna. Uff.

Pierwsze wrażenie, przy locie tak małą maszyną, okazało się bardzo pozytywne: siedzielismy tuz za pilotem, więc dość uważnie obserwowaliśmy jego poczynania. Gdy uznaliśmy, że jednak można mu zaufać, zaczęliśmy delektować się widokami z powietrza.

caye belize

belize

Pierwszy przystanek był w Belize City, tu musieliśmy wysiąść i poczekać na tranzyt około godziny. Hala tranzytowa to zwykły pokój, może odrobinę większy od przeciętnego domowego salony, w którym poza prasą lotniczą ustawiony był wielki tekturowy model latynoskiego pilota, z którym nie omieszkaliśmy robić sobie głupich zdjęć.

 

Gdy wyruszyliśmy dalej, okazało się, że zarówno samolot jak i pilot z San Pedro będą towarzyszyć nam aż do Punta Gorda, uznaliśmy więc, że nie musimy już tak uważnie analizować ich poczynań w kokpicie, skoro udało im się skutecznie dostarczyć nas do pierwszego celu.

belize

belize

Widoki w trakcie lotu były cudowne, okazało się, że Belize to w większości jeszcze dziki kraj, z setkami niezamieszkałych koralowych wysp (caye), i miasteczkami, w których dopiero powstaje infrastruktura turystyczna.

belize

Dangrira i Placencia nie zrobiły na nas dobrego wrażenia ani z powietrza, ani z ziemi. Jednak co najgorsze – lotnisko, na którym wysiedliśmy, Punta Gorda – również, mówiąc delikatnie, nie zachwyciło nas.

Punta Gorda
Hala przylotów w Punta Gorda.

PUNTA GORDA:
Jest to średniej wielkości miasteczko z kilkoma wartymi obejrzenia starymi kolonialnymi domami, niestety już w katastrofalnym stanie.

Punta Gorda

Jedynym ważnym gospodarczo punktem tej ‚aglomeracji’ jest port morski ze stałym połączeniem z gwatemalskim miastem Puerto Barrios.

Punta Gorda

Nas interesowało jednak małe miasteczko Livingston u ujścia Rio Dulce, do którego na szczęście również można było się dostać z portu w Punta Gorda.

Punta Gorda
Port i granica jednocześnie.

Mając kilka godzin oczekiwania na naszą łódź do Livingston, wytracaliśmy czas na penetracji ostatniego dla nas miasta w Belize. Włóczyliśmy się zarówno po nabrzeżu, jak i obrzeżach miasteczka.

Punta Gorda

Natrafiliśmy na amerykański bar, na którego ganku, pijąc coca colę, obserwowaliśmy życie puntagordiańskiej ulicy. Właścicielka była niezwykle dumną osobą, chlubiącą się synem walczącym w Iraku i to ona wskazała nam odległy drewniany dom, na końcu jednej z ulic. Nie wiedzieliśmy, ale mieliśmy odnaleźć tam… prawdziwy skarb.

Punta Gorda
Pirs w Punta Gorda zdominowały mewy i brzytwodzioby.
PUNTA GORDA – COTTON TREE:
Z nudów urządziliśmy tam spacer. W małym, dość zniszczonym domku na drzwiach widniał kolorowy napis Cotton Tree. Więc wchodzimy, to tu. Po otwarciu zniszczonych drewnianych drzwi nie dochodzi nas jednak zapach bawełny, jakby mogła wskazywać nazwa, lecz penetrujący czaszkę zapach świeżej, zmielonej czekolady. To było królestwo czekolady, kilka wystawionych produktów na sprzedaż i dziesiątki worków z ziarnem kakaowca. Urządzenia, pamiętające jeszcze kolonialne czasy, były wystawione tak, że można było je uruchomić na naszych oczach i wytworzyć małą tabliczkę czekolady o smaku i składzie, jaki zapragniemy. Oczywiście na tych maszynach, w sposób i metodą z czasów kiedy Belize było terytorium Wielkiej Brytanii.

cotton tree chocolate factory

Cudowne miejsce i jak to zwykle bywa, odkryte zupełnie przypadkowo. Czekolady i inne dodatki z tej manufaktury, jak kakao i czekolada do picia, dotarły wraz z nami do Polski i wciąż cieszą nas smakiem w jesienne wieczory. Zakupione w Cotton Tree słodycze spożywaliśmy też na miejscu w Punta Gorda, siedząc na ławeczkach na skwerku pełnym kamiennych rzeźb manatów (pełno ich żyje w okolicznych namorzynach), i czekając na nasz prom do Livingston. Słodszego pożegnania Belize nie mogliśmy sobie wymarzyć. Mlask!

Punta Gorda

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.