Triest – pierwsza wspólna przygoda

Triest – Friuli – Wenecja Julijska – Włochy

Jedną z pierwszych podróży, w kompletnym składzie, odbyliśmy do regionu Friuli – Wenecji Julijskiej, we Włoszech. Co prawda czasy to były zamierzchłe, zdjęcia uczyliśmy się robić, ale to była pierwsza, wspólna przygoda z podróżowaniem. Więc niezwykle ważna dla nas.

Miejsce akcji: Triest – Friuli-Wenecja Julijska – Włochy – Europa
Czas akcji: 2007 II 13
Trwanie: 1 dzień
Cele założone: Jako archeolodzy, trasę zwiedzania oparliśmy na 3 najważniejszych dla nas punktach:
1. Dwa zabytki z okresu Cesarstwa Rzymskiego (Teatro Romano, Arco di Riccardo)
2. Wzgórze z katedrą i lapidarium (Cattedrale di San Giusto Martire, Museo Orto Lapidario)
3. Grotta Gigante pod Triestem

START. Podróż zaczęliśmy z dworca kolejowego w miejscowości Udine. Tam była nasza baza wypadowa, a fakt posiadania w tym mieście pokoju był sporym ułatwieniem. Lokum to, piękniejsza część zespołu, zajmowała już od kilku miesięcy w ramach wymiany Erasmus. Pozostała część populacji musiała skrócić dzielącą nas odległość linią autobusową Eurolines.

Triest
Przedmieścia Triestu.

POCIĄG. Dworzec Udine wspominam jako niezwykłe miejsce, a automat do kupowania biletów Trenitalia, w tamtych czasach, był dla nas czymś magicznym. Jednakże biletomat nie odwzorowywał ani ceny biletu (13,20€/2 osoby), ani niezwykłości podstawionego pociągu (byliśmy przyzwyczajeni do jakości PKP lat ’90). Było w nim czysto, ciepło a podróż miała trwać jedynie 2h (via Cormonsa i Gorizia).

Triest
Porównanie pogody w porcie, w Trieście. Ta sama godzina, różnica 1 tygodnia.

TRIEST – PRZYWITANIE: Dojechaliśmy do Triestu około godziny 8.30. Powitał nas bardzo silny wiatr, co prawda nie padało, ale silne podmuchy mroziły nas do kości. Na szczęście nie był to słynny wiatr bora – wiatr katabatyczny, spływający z wysokich partii gór, podobno bardzo zimny i suchy. Jednak mimo to, pierwsze przywitanie dawnego Wolnego Miasta Triestu nie było dla nas ciepłe.

Triest
Prawie bora.

Na szczęście plan zwiedzania mieliśmy dość napięty. Szybko uporaliśmy się ze zdjęciami na wyludnionym, wietrznym molo i pognaliśmy na Piazza Unità d’Italia – na największy nadmorski plac Europy.

Triest
Widok na Piazza dell’Unità d’Italia.

TRIEST – PLAC ZJEDNOCZONYCH WŁOCH. Krótki spacer i kontemplacja walorów architektonicznych pałaców Lloyd, Pitteri, Modello, StrattiRatusza Miejskiego, Pallazo del Governo i Fontanny Czterech Kontynentów, zakończyliśmy w siedzibie Informacji Turystycznej. Tam nabyliśmy 24 godzinne karty T for You Card’07 Trieste. Uprawniały nas one do zniżkowego przejazdu po mieście komunikacja triesteńską i dawały upust w cenach biletów wstępu np. do Grotta Gigante.

Triest
Kościół Santa Maria Maggiore i bazylika waldensów San Silvestro.

CHRZEŚCIJAŃSTWO NA GRUZACH IMPERIUM. Po chwilowym ogrzaniu się w ciepłych murach Informacji Turystycznej zaatakowaliśmy wzgórze, na którym obok siebie egzystują dwa kościoły chrześcijańskie. Jeden katolicki a drugi waldensów. Dodatkowym smakiem tej koegzystencji jest pozostałość po wieży obronnej i murów z okresu rzymskiego (na zdjęciu powyżej widać nawet otwór strzelniczy).

TRIEST – KOCI TEATR. Następnie zrealizowaliśmy połowę pierwszego punktu naszego planu – odwiedziliśmy teatr rzymski. Zachowany w świetnym stanie, pochodzący z I wieku p.n.e., ma dodatkowy walor. Jest zdominowany przez koty. Dla nas jest to dość znacząca informacja turystyczna. Fakt, że w 2007 roku można było dostać się na teren teatru (przez szeroko rozdartą siatkę) i chwilę poobcować z zabytkami i futrzastymi ‚aktorami’ podniósł rangę tego miejsca.

Arco di Riccardo z 33 roku p.n.e.

TRIEST – BRAMA MIEJSKA. Następnie dokończyliśmy pierwszy punkt planu, odnajdując (po kilku chwilach zagubienia) łuk Ryszarda (Arco di Riccardo). Jak chce legenda, jest to pozostałość po jednej z bram rzymskich, a nazwę łuk zawdzięcza powracającemu z Ziemi Świętej Ryszardowi Lwie Serce. To tu rzekomo miał zostać pojmany, w 1193 roku, przez Austriaków. Legenda?

Katedra św. Justusa (San Giusto). Patron z wmurowany w dzwonnice.

TRIEST – SAN GIUSTO. Dość długą godzinę wchodzenia na wzgórze św. Justusa zakończyliśmy zwycięstwem. Po drodze byliśmy zobowiązani zbadać nawet najmniejsze pozostałości murów rzymskich otaczających wzniesienie (polecamy pozostałości przy via Tor L. Lorenzo) i tym samym nawiązać znajomość z większością spotkanych kotów.
Samo wzgórze składa się z katedry i zamku o tej samej nazwie (San Giusto) oraz rzymskich pozostałości świątyni Jowisza i Minerwy, Forum Romanum i jedynej pozostałości rzymskich propyleji w Europie (ukryte, dla wtajemniczonych, pod dzwonnicą katedry).
Kręcąc się jakiś czas po wzgórzu i robiąc pamiątkowe selfie (wówczas nazywano je po prostu ‚naszymi zdjęciami’), postanowiliśmy zwiedzić Lapidarium. Znajduje się ono wzdłuż via della Cattedrale. I tak zrobiliśmy.

Lapidarium, w tle rozeta Katedry św. Justusa.

TRIEST – KAMIENIE. Zamajaczyliśmy tam dość długo. Epigraficzny licencjat, zabawa w rozszyfrowywanie skrótów łacińskich, jeden z pierwszych tak osobistych kontaktów z zabytkami antycznymi, sprawił, że upływającego czasu nie zauważyliśmy.

Grób (cenotaf) Johanna Joachima Winckelmanna (1717-1768).

SILENTIA. Na końcu przechadzki po lapidarium zaskoczyła nas odkryta przez nas kaplica i sarkofag znajdujący się w środku. Nikt z nas nie zastanawiał się nigdy, gdzie został pochowany słynny dla nas Johann Winckelmann. Nikt też się go tu nie spodziewał. Miło było więc złożyć hołd człowiekowi, który był ojcem naszych zainteresowań – archeologii antycznej. Acta est fabula. Punkt drugi naszego planu wykonany.

Wejście do Grotta Gigante w płaskowyżu Kras (stąd geologiczne słówko kras itp.)

PRZYGODA DNIA ZWYCZAJNEGO. Dalej udaliśmy się na plac Carla Goldoni, gdzie znajduje się start kilku autobusów podmiejskich. Niestety linia która nas interesowała, 42, odjeżdżała z Piazza G.Oberdan. Spacer via G.Carducci okazał się miłym doświadczeniem – tym bardziej, że zaczynało się rozpogadzać.
Znaleźliśmy nasz autobus, sprawdziliśmy godziny odjazdu i przystanek na jakim mamy wysiąść, wypaliłem relaksacyjnego papierosa i rozentuzjazmowani, karnie wchodząc obok kierowcy (wówczas nauczyłem się, że we Włoszech tylko tym wejściem wsiada się do autobusu), zajęliśmy miejsca. Po kilku godzinach zwiedzania, fotele w linii 42 wydały się nad wyraz wygodne, a uwagi na temat miasta i zmieniające się widoki zajmowały nam czas. Nagle zostaliśmy sami w autobusie, lecz nas to nie zniechęciło, wręcz byliśmy uradowani, że grota będzie tylko dla nas. Ale gdy na kolejnym przystanku kierowca wysiadł na papierosa, uznaliśmy, że warto spytać się, co jest grane. Okazało się, że to koniec trasy. A nie jest to nasz przystanek.

Na szczęście niewiele rzeczy jest w stanie popsuć humor osobom, które nie widziały się od kilku tygodni. Cierpliwie doczekaliśmy aż nasz ‚szofer’ dokończy kanapki, wypali swoje zaplanowane papierosy i z uśmiechem wróciliśmy do zajezdni Piazza G.Oberdan. Pomni świeżej przygody postanowiliśmy dopytać się jeszcze raz o przystanek i numer linii jadącej do Grotta Gigante. Trzy zapytane osoby wskazały linie 42 i znany nam już przystanek na placu Oberdana. Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz. Tym razem zapytaliśmy kierowcy czy na pewno tam jedzie. Odpowiedział twierdząco, więc siadamy. Trasa na początku wydaje się znajoma, ale później coś się zmienia – przejechaliśmy przez znaną z wina musującego miejscowość Prosecco i po kilku zakrętach wysiedliśmy w miejscowości Borgo Grotta Gigante. Tu znów bez mapy byśmy zginęli, gdyby nie napotkani mieszkańcy. Udało się – znaleźliśmy wejście. I, o zgrozo, było już zamknięte.

Zrezygnowani zjedliśmy przygotowane rano kanapki i mieliśmy już wracać, gdy jakiś litościwy pracownik otworzył nam i zaprosił do jaskini, oprowadził i etapami zapalał na naszych oczach oświetlenie w jej wnętrzu. W trakcie naszych odwiedzin była to największa turystycznie dostepna jaskinia na świecie (od 2010 jest to La Verna). Wysokość groty sięga 100 metrów. Niestety, stary aparat nie poradził sobie z jej wnętrzem. Mimo to wyobraźcie sobie samotny spacer w 100 metrowym ciemnym gmachu, pełnym stalaktytów, w głębokiej ciszy. I nagle przewodnik uruchamia oświetlenie. Partiami ukazuje wam się ogrom tego wnętrza, ozdobiony misternymi formami krasu. A w nim Wy i piękno tej naturalnej katedry. Polecam. Warto.

Canal Grande w dzielnicy Borgo Teresiano. Zbudowany na polecenie Marii Teresy.
TRIEST – THE END. Powrót był już tylko formalnością, część trasy znaliśmy bardzo dobrze. Jeszcze tylko mały spacer po Trieście i powrót na peron odjazdu naszego pociągu. Plan zwiedzania wykonany w pełni. Wspomnienia na zawsze. A na kolejny dzień (14 luty) już zaplanowana wizyta w Weronie, zmacania piersi Julii Capuleti.
Zatoka Triestu.

Pierwszą daleką, wspólną eskapadę odbyliśmy dużo póżniej, była to  Hispaniola – i tak to się zaczęło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.