Choquequirao – 64 kilometrowy trekking do stolicy Inków

Choquequirao – Apurimac – Peru

Choquequirao (w języku keczua Chuqi K’iraw) to jedno z zachowanych do dzisiaj miast inkaskich, pochodzące z XV wieku. Można się do niego dostać tylko na piechotę, poświęcając kilka dni na malowniczy, choć dość ciężki trekking. Każdego dnia do stanowiska dochodzi tylko kilku śmiałków, tak więc jeśli marzysz, by znaleźć się sam na sam z inkaskimi ruinami, wśród majestatycznych andyjskich szczytów, Choquequirao jest idealnym wyborem!

Choquequirao
Choquequirao – Świątynia Wody

Musisz się jednak pospieszyć: rząd peruwiański, wyczuwając nową żyłę złota, postanowił wybudować kolejkę linową, która będzie łączyła Choquequirao z położonym po drugiej stronie rzeki Apurimac miasteczkiem Saywite. Oznacza to, że niebawem, by odwiedzić ruiny, wystarczy jednodniowa wycieczka z Cusco. A to oznacza tysiące turystów (rząd liczy na 600 000 odwiedzających rocznie i już buduje drogę, która w 3,5 godziny połączy Saywite z Machu Picchu) i kolejne, po Machu Picchu, zadeptane stanowisko. Tymczasem swoją magię Choquequirao zawdzięcza właśnie względnej niedostępności i odosobnieniu. Jeśli chcecie ją poczuć, musicie odwiedzić stanowisko jak najszybciej!

Choquequirao
Choquequirao, dekoracje na tarasach.

Kiedy myślisz o trekkingu w Peru, od razu przed oczami będziesz miał słynny Inca Trail. Setki osób dziennie, podróżowanie z całym zastępem arrieros, tragarzy, kucharzy itp., do tego konieczność wykupienia pozwolenia na trekking i zbójeckie opłaty dla organizatorów (na Inca Trail nie można się udać samemu, musimy się „podczepić” pod grupę, a to wydatek rzędu kilkuset dolarów) – nic dziwnego, że niektórzy szukają tańszej alternatywy.

Choquequirao
Na większości tablic informacyjnych, ktoś zdrapał odległości.

By dojść do Choquequirao, nie musisz dołączać do żadnej zorganizowanej grupy, choć agencje turystyczne w Cusco, sprzedające miejsca na trekking, powiedzą Ci, że pójście tam samemu jest niemożliwe lub w najlepszym razie niebezpieczne i nikt tego nie robi. Nieprawda! Na samodzielny trek, bez wynajmowania osiołków i tragarzy, decyduje się stosunkowo dużo osób, w tym my, imo że był to nasz pierwsze trek. Przejdźmy do szczegółów.

Choquequirao

Większość osób rozkłada trekking na 5 dni – po dwa dni na dojście i powrót (to łącznie 64 kilometry z Cachory) i jeden cały dzień na stanowisku. Agencje turystyczne sprzedają głównie trekkingi 4 dniowe. My planowaliśmy na naszą wyprawę poświęcić 5 dni, niestety, choroba wysokościowa plus przeziębienie spowodowały, ze wyruszyliśmy w trasę dzień później. A ponieważ mieliśmy już wykupione bilety do Machu Picchu, nie mogliśmy przeciągnąć naszej wyprawy. Tak więc stanęliśmy przed wyzwaniem: 4 dni, cały ekwipunek na plecach, bez lokalnego przewodnika, z kondycją typową dla 30letnich mieszkańców Warszawy nie poddających się obecnej modzie na codziennie ćwiczenia, osłabieni, ale (przynajmniej na początku), pełni optymizmu!

Choquequirao trek

CHOQUEQUIRAO – DOJAZD Z CUSCO:
Wstajemy o 3 rano. Po zasięgnięciu aktualnych informacji, postanawiamy jechać colectivo do Curawasi. Odjeżdża z calle Arcopata w Cusco, na szczęście położonej niedaleko naszego hostelu. Bus odjeżdża po zapełnieniu się prawie do ostatniego miejsca. Płacimy po 15 soli za osobę (podsumowanie finansowe na końcu) i tuż przed 5 rano odjeżdżamy. Droga jest kręta, otacza nas gęsta mgła, asfalt jest mokry, niemiłosiernie trzęsie. Dokładnie zapinamy pasy bezpieczeństwa. Nie da się spać. Patrząc na styl jazdy kierowcy, mamy dusze na ramieniu. W końcu dojeżdżamy do Curawasi.

Lokalni taksówkarze nie kryją zdziwienia na widok białych twarzy. Tłumaczymy, że chcemy dojechać do Cachory. W odpowiedzi słyszymy, że mogą zawieźć nas tylko do Ramal, skąd musimy łapać inny transport, gdyż droga jest w bardzo złym stanie i lokalni taksówkarze nie chcą na niej zniszczyć swoich mercedesów. Nie mamy wyjścia, musimy się zgodzić. Na szczęście, taksówka jest już pełna (jedziemy z uczniami podstawówki, którzy w ten sposób dojeżdżają do szkoły), więc od razu ruszamy. Jedziemy ok. 20 minut. Znów zakręty i brawurowa jazda. Żołądki ledwo wytrzymują. I pomyśleć, że jeszcze musimy za to zapłacić! Po długich i niekoniecznie sympatycznych negocjacjach ta wątpliwa przyjemność kosztuje nas 12 soli za osobę. Wysiadamy w Ramal, a dokładnie na przedmieściach wioski, na skrzyżowaniu drogi asfaltowej (prowadzącej do Abancay) i lokalnej, nie utwardzanej, do Cachory, skąd rozpoczyna się trek do Choquequirao.

Andy

Na postoju stoją dwa samochody. Obaj kierowcy proponują zaczekać, aż ich samochód będzie pełen, albo zapłacić za „private taxi”. Szybki rzut oka na mapę: zauważamy, że z Cachory da się dojechać do punktu widokowego Capuliyoc, oszczędzając tym samym prawie 10 kilometrów z czekającej nas dziś trasy. Na początku żaden z taksówkarzy nie jest zainteresowany taką trasą, tłumaczą, że jest pora deszczowa, osuwiska, droga jest w opłakanym stanie. My jesteśmy jednak uparci. Padają pierwsze, kosmicznie wysokie, propozycje ceny. Jest dobrze, zaczynamy się targować. Kiedy cena spada poniżej 100 soli, kierowcy zaczynają się kłócić, prawie dochodzi do rękoczynów. W końcu starszy z nich, wyglądający na szefa, ze złością odchodzi. Wtedy młodszy proponuje podwózkę do Capuliyoc za 80 soli. No to w drogę!

Choquequirao map
Najlepsza mapa, jaką udało nam się znaleźć w internecie. Kliknij, aby ściągnąć w większym rozmiarze.

Jest to naprawdę droga przez mękę. Jeśli wcześniej wydawało się nam, że mocno trzęsło, teraz czujemy się, jak w pralce ustawionej na najwyższe obroty. Nasze cztery litery co chwila tracą kontakt z siedziskiem. Choćbyśmy chcieli, nie da się zrobić choćby jednego zdjęcia. Taksówkarz siarczyście przeklina, skutecznie zagłuszając radio Cachora. Droga jest w opłakanym stanie. Musiało mocno padać, gdyż co chwila przejeżdżamy przez rwące potoki i osuwiska, przecinające naszą trasę. Droga do Cachory (2900 m. n.p.m.) opada w dół. Szybko przejeżdżamy przez miasteczko i kierujemy się płaską drogą w stronę Capuliyoc (2850 m. n.p.m. wg naszej mapy, inne źródła podają 100 metrów niżej). Początkowo droga wygląda nieźle i w duchu gratulujemy sobie, że wpadliśmy na pomysł oszczędzenia sobie tych kilku kilometrów na starcie.

Choquequirao

Niestety, po kilku kilometrach na drodze pojawiają się liczne pozostałości lawin błotnych i osuwiska kamieni. Kierowca co chwila staje, wychodzi z pojazdu i przenosi kamienie, by dało się przejechać. Pomagamy mu, gdyż czujemy, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu. W pewnym momencie nasze przypuszczenia się potwierdzają: rozkłada szeroko ręce i oznajmia, że dalej nie pojedzie. Chce ustalonej zapłaty. Ponieważ jednak nie dowiózł nas tam, gdzie się umawialiśmy, płacimy 10 soli mniej. Dalej idziemy na pieszo. Warkot odjeżdżającej toyoty jest ostatnim dźwiękiem cywilizacji, jaki słyszymy. Następne 4 dni to tylko my i Andy.

Choquequirao

CHOQUEQUIRAO – ABRA CAPULIYOC
Abra Capuliyoc to ostatnie miejsce na trasie trekkingu, dokąd można dojechać. Tu też kończy się zasięg telefonów komórkowych. Znajduje się tu jeden budynek, gdzie można kupić napoje i słodkie przekąski, jeśli akurat kogoś zastaniemy. Przy znajomości hiszpańskiego można zasięgnąć tu informacji o Choquequirao i całym regionie Apurimac. Dochodzimy tu o godzinie 9. Otacza nas gęsta mgła. Nie spotykamy żywej duszy, więc idziemy dalej. Droga prowadzi w górę.

CHOQUEQUIRAO – MIRADOR CAPULIYOC
Czyli punkt widokowy Capuliyoc (2950 m. n.p.m.). Znajduje się tu tablica informacyjna z wysokością oraz pozostałą odległością do Choqequirao. Jest też zadaszona ławka, na której możemy odpocząć. Nie jest nam jednak dane zaczerpnąć odpoczynku, gdyż atakują nas setki maleńkich muszek, gryząc w każde nieosłonięte miejsce na ciele. Szczególnie upodobały sobie kostki i przedramiona. Już po kilku minutach czujemy nieprzyjemne swędzenie a małe z początku bąble puchną i się powiększają. Oprysk preparatem z DEET-em nie robi na małych krwiopijcach wrażenia. Może nie mają zmysłu powonienia. 🙂 Trzeba iść dalej.

Mirador Capuliyoc

Choquequirao
Po prawo ścieżka treku.

Choquequirao

CHOQUEQUIRAO – TRASA DO PLAYA ROSALINA
Playa Rosalina to „schronisko” położone tuż przy rzece Apurimac, na wysokości 1500 m. n.p.m., czyli 1000 metrów niżej, niż obecnie jesteśmy. Droga wydaje się łatwa – ciągnące się w dół serpentyny. Idziemy dosłownie w chmurach.

Choquequirao trekking
Poranek był na tej wysokości bardzo mglisty…
Choquequirao trekking
… jednak z czasem przedzierało się słońce.

Widoki zapierają dech w piersiach. Nie da się tego opisać, trzeba to zobaczyć na własne oczy. I ta cisza, zakłócona tylko śpiewem ptaków i odgłosem rzeki płynącej kilkaset metrów niżej. Mijamy kilka wodospadów. Spotykamy na swojej drodze setki ptaków, motyli (w tym pazie z przezroczystymi skrzydełkami) i innych owadów.

Choquequirao trekking

Wychodzi słońce, robi się gorąco. Dochodzimy do Chiquiska na 1800 m. n.p.m. To wręcz malaryczne miejsce: dwa budynki, mieszczące w sobie sklep, oborę, kurnik i zadaszone miejsce do rozbicia namiotów; wszystko to położone w permanentnym cieniu, na grząskim gruncie. Znów atakują nas setki gryzących muszek. Nie wyobrażamy sobie, jak można tu spędzić noc. Kupujemy więc coca-colę za 4 sole, aby podnieść poziom cukru, i idziemy dalej.

Choquequirao trekking

Choquequirao trekking

Droga robi się mniej wygodna, natrafiamy na coraz większe kamienie. Już wiemy, że powrót będzie ciężki. Im niżej schodzimy, tym lepiej słyszymy ryk rzeki – w końcu jej nazwa, Apurimac, oznacza w języku keczua krzyczące bóstwo. Z daleka widzimy nasz cel – Playa Rosalina i znajdujący się obok most.

Apurimac
Rzeka Apurimac z ledwo widocznym mostem – nasz cel.

CHOQUEQUIRAO – PLAYA ROSALINA
To najlepsze miejsce na trasie do rozbicia namiotu, położone na 21 kilometrze traku (licząc od Cachory). Za większą opłatą można nawet wynająć domek. Na miejscu znajdują się prysznice, toalety, można kupić podstawowe produkty spożywcze, rozpalić ognisko. Dochodzimy tu wczesnym popołudniem. Odpoczywamy prawie godzinę. Towarzyszy nam mała koteczka, wyraźnie zainteresowana troczkami od naszych plecaków. Mieszkający tu właściciel biwaku wyjaśnia nam, jak mamy się zachować, gdy zaskoczy nas lawina. Pokazuje świeże osuwiska po drugiej stronie rzeki. Dokładnie tam, gdzie zmierzamy. Pocieszające. Tłumaczy, że wybraliśmy zły czas na odwiedzenie Choquequirao. Ale jak mu tu wytłumaczyć naszym mniej, niż podstawowym, hiszpańskim, że promocja na loty Iberii była właśnie na luty? 🙂

CHOQUEQUIRAO – SANTA ROSA
Santa Rosa to nasz cel pierwszego dnia. Znajduje się na wysokości 2200 m. n.p.m., 3-4 kilometry od Playa Rosalina. Przewyższenie 700 metrów. Ponieważ byliśmy już dość zmęczeni i dodatkowo osłabieni przeziębieniem, ten odcinek był dla nas mordęgą. Na domiar złego zaczęło padać. I to okropne uczucie, kiedy wydaje Ci się, że przeszedłeś już przynajmniej 5 kilometrów, a na następnym zakręcie natrafiasz na informację, że to był tylko kilometr (na całej trasie treku co 1000 metrów znajdują się swoiste kamienie milowe).

Choquequirao trekking
Na trasie, co jakiś czas spotyka się słupy ‚milowe’.

Wejście pod górę zajmuje nam ponad dwie godziny, do Santa Rosa dochodzimy już po zachodzie słońca, o 18. Płacimy 5 soli za rozbicie namiotu i możliwość skorzystania z prowizorycznej łazienki (to instalacja, która dostarcza zimną wodę z lodowcowego strumienia przepływającego obok – jednym słowem, kąpiel życia…).

Choquequirao trekking
Nasz pierwszy obóz, który był naszym pierwszym namiotem w życiu. 🙂

Na miejscu można kupić napoje, a właściciel proponuje nam, że za drobną opłatą może nam coś ugotować. Rzut oka na jego naczynia, brudne paznokcie i stan sanitarny „kuchni” – i grzecznie odmawiamy. Padamy jak muchy. W nocy pada, słychać ryk osuwisk kamieni i lawin błotnych. Rano budzą nas krzyki drapieżnych ptaków. Jest 6 rano, wciąż pada. Zziębnięci, składamy namiot i jemy lekkie śniadanie z naszych zapasów. Zakwasy są. Trzeba je rozchodzić. Ruszamy wiec już o 7.

Santa Rosa
Santa Rosa

CHOQUEQUIRAO – MARANPATA
Grząskie, strome podejście wije się serpentynami. Droga usiana jest dużymi kamieniami, co czyni wspinaczkę jeszcze trudniejszą. Wciąż pada deszcz, jest ślisko.

Choquequirao trekking

Wkładamy peleryny, które mają za zadanie głównie chronić zawartość naszych plecaków. Niestety, jest ciepło. Gotujemy się pod warstwą folii. Co chwila przystajemy, by odetchnąć. Musimy znów pokonać 700 metrów w górę w linii prostej, na odcinku 3 kilometrów. Zajmuje nam to, bagatela 6 godzin. O 13 zmordowani dochodzimy do Marampaty. Zdążyło się już przejaśnić, jest wręcz upalnie.

Maranpata.
Wioska Maranpata.

Maranpata, położona na wysokości 2900 m. n.p.m. (a więc 1400 metrów wyżej, niż znajdowaliśmy się dzień wcześniej), to ostatnie miejsce na drodze do Choquequirao, gdzie można coś kupić i zjeść ciepły posiłek. To mała wioska, w której znajduje się kilkanaście budynków. Niektórzy zostają tu na noc, by stąd następnego dnia przed świtem wyruszyć do odległego o 4 kilometry stąd stanowiska. My jednak postanawiamy iść dalej. Wcześniej jednak musimy się posilić. Za najprawdopodobniej najlepszy obiad w naszym życiu, składający się z jarskiej zupy oraz drugiego dania (jajko sadzone, ryż i frytki), płacimy jedynie 10 soli za osobę. Dla nas to śmieszne pieniądze (szczególnie w tym stanie fizycznym), dla góralki to świetny interes.

Po długim odpoczynku o 15 wyruszamy dalej. Przed nami 4 kilometry i tylko 150 metrów przewyższenia. Tak pokazuje mapa. W rzeczywistości malownicza ścieżka raz opada, raz się wznosi. Widoki są jeszcze piękniejsze, niż poprzedniego dnia.

Choquequirao trekking
Drugi szczyt od prawej to mniej więcej początek naszego dzisiejszego etapu trekkingu.
Choquequirao trekking
Widok z Maranpaty.

Z daleka widzimy już tarasy, znajdujące się poniżej Choquequirao. Uzupełniamy butelki krystalicznie czystą, zimną wodą spływającą wartkim strumieniem ze znajdującego się wysoko lodowca. Jesteśmy już bardzo zmęczeni, jednak świadomość, że już prawie doszliśmy, dodaje nam skrzydeł.

Choquequirao trekking
Takie wodospady z zimną wodą były cudowne. Ale to wie tylko człek spragniony.

Choquequirao trekking

Choquequirao trekking
Oto i góra – stolica Choquequirao – nasz cel. Od podnóża do szczytu cała w ruinach miasta Inków.

Choquequirao trekking

CHOQUEQUIRAO
O 17 dochodzimy do pola namiotowego, znajdującego się na inkaskim tarasie. Pozostałości stanowiska znajdują się wprawdzie kilkaset metrów dalej, jednak samo miasto nie jest w tej chwili nawet w połowie odkopane. Zajmowało ono całe zbocze góry. Prawdopodobnie w ziemi, pod naszym namiotem, także znajdują się zabytki.

Choquequirao
Dolne tarasy Choquequirao.
Choquequirao
Drugi obóz. Pamiętajcie, by ustawić wejście do namiotu widokiem na dolinę – po przebudzeniu szczęki opadną Wam poniżej pasa. 🙂

Jest już za późno, by udać się na stanowisko, więc rozbijamy namiot (tu brak opłaty), kupujemy bilety wstępu (37 soli za osobę), zaliczamy kolejny lodowaty prysznic i jemy kolację. Jeszcze nigdy polskie kabanosy nie smakowały nam tak bardzo. 🙂 W nocy budzi nas gwałtowna burza i dotkliwy chłód. Na 3000 metrów temperatura w nocy potrafi bardzo spaść, odczuwamy to pomimo bielizny termicznej i polarów. Leje jak z cebra. Kilka razy sprawdzamy, czy namiot aby nie przecieka i czy nie ześlizguje się wraz ze zboczem w dolinę Apurimac. 😉

Choquequirao

Choquequirao

Wstajemy przed wschodem słońca. Sprzed namiotu rozciąga się wspaniały widok. Chmury zniknęły. Ruszamy na stanowisko. Najpierw na tarasy, położone poniżej naszej bazy.

Choquequirao
Poranny widok po rozsunięciu namiotu.

Droga jest dość dobrze oznaczona, ale po nocnej burzy okropnie grząska i śliska. Zejście zajmuje nam pół godziny. Zdążamy akurat na wschód słońca. Kolejne wspaniałe przeżycie, obserwujemy to z otwartymi ustami. W takich chwilach człowiek wie, że jego trud nie poszedł na marne. Warto było.

Choquequirao

Choquequirao

Choquequirao

Choquequirao

Choquequirao
W nocy, w trakcie ulewy, część odsłoniętych tarasów spłynęła.

Choquequirao

Choquequirao

Wydaje się nam, że jesteśmy tu może pół godziny, jednak okazuje się, że już prawie 9. Trzeba wracać, iść na górne stanowisko. Dojście do pola namiotowego, w błocie po kostki, zajmuje nam prawie godzinę.

Choquequirao

Choquequirao

Choquequirao

Jesteśmy wyczerpani, a w perspektywie mamy dalszą wspinaczkę. Droga na górę tylko początkowo jest dobrze oznakowana. W pewnym momencie szlak się rozwidla. Idziemy „na czuja”. Ścieżka jest coraz cieńsza i coraz bardziej zarośnięta. Wreszcie natrafiamy na znak informujący, że ten szlak jest zamknięty. A przeszliśmy już taki kawał! Nie mamy ani ochoty, ani siły, by się cofać. Gdzieś ta ścieżka przecież prowadzi.

Choquequirao
Nasza ścieżka.

Trudno, idziemy dalej! Dalej jest jeszcze gorzej: powalone drzewa, wielkie głazy. Ledwo torujemy sobie drogę. Chwilami nie możemy odnaleźć ścieżki. I kiedy już prawie chcemy zawracać, droga się poszerza i po chwili naszym oczom ukazują się inkaskie budynki. Doszliśmy!

Choquequirao

Na stanowisku jesteśmy sami, jeśli nie liczyć strażnika śpiącego pod drzewem (to ta sama osoba, która sprzedaje bilety i opiekuje się polem namiotowym). Jesteśmy teraz na płaskowyżu z równiutko przystrzyżoną trawą. Tu znajdował się plac procesyjny.

Choquequirao

Choć jest tu mniej odsłoniętych zabudowań, niż w Machu Picchu, już wiemy, że żadne miejsce w Peru nie przebije tego. Znaleźć się samemu w opuszczonym inkaskim mieście – bezcenne. Po pobycie tutaj Machu Picchu musi rozczarować. Nie wiedzieliśmy tylko jeszcze, jak bardzo.

Choquequirao

Choquequirao
Świątynia siedmiu okien.

Choquequirao

Choquequirao

Choquequirao

Choquequirao

W porze suchej można ze stanowiska dostać się do San Ignacio a dalej do hotelu Los Loros, skąd taksówką bez problemu dojedziemy do Huanipaca. Taki powrót zajmuje tylko kilka godzin, gdyż idzie się cały czas w dół. Niestety, podczas naszej wizyty most na tej trasie był nieczynny, a hotel zamknięty. Pozostało nam wracać tą samą trasą, którą przyszliśmy.

Choquequirao

CHOQUEQUIRAO – POWRÓT
O 13 postanowiliśmy wracać na pole namiotowe. Tym razem podążyliśmy już prawidłową ścieżką, mijając po drodze inne odsłonięte zabudowania. Droga łatwa i przyjemna, nie to, co wybrany uprzednio, zamknięty szlak. 🙂 Po dojściu do bazy szybkie składanie wysuszonego już namiotu. Wracamy!

Choquequirao
Suszenie obozu.

Mamy na to półtora dnia. Cel na dziś – dojść do Playa Rosalina. Znów ścieżka góra-dół do Marampaty, gdzie dochodzimy o 15, stamtąd już tylko w dół. Spieszymy się, by zdążyć przed zachodem słońca. Nasze schodzenie chwilami przypomina bardziej kontrolowany ślizg. Po drodze natrafiamy na węże i tarantule. Nie ma jednak czasu, by się nad nimi pochylać.

Choquequirao

Choquequirao

Pomimo, iż mamy ze sobą czołówki, nie chcemy iść w ciemnościach, gdyż może się to skończyć kontuzją. Do Playa Rosalina dochodzimy o zmierzchu. Tu czeka na nas zła informacja: prowizoryczny wodociąg, dostarczający tu górską wodę, zepsuł się. Możemy zapomnieć więc o prysznicu. Razem z nami noc spędzają tu francuzi. Gotują zupę na brunatnej wodzie, pozyskanej z rzeki. Patrzymy na to z przerażeniem. Chyba jednak wolimy zostać głodni. 🙂 Rozbijamy namiot pod zadaszeniem. Tak na wszelki wypadek. Francuzi śpią pod gołym niebem. W nocy kolejne urwanie chmury. Rano po przebudzeniu stwierdzamy, że francuski namiot przeniósł się w okolice naszego, pod dach. Czasem warto być przezornym.

Choquequirao

Czujemy, że to będzie najcięższy dzień. Musimy wejść na wysokość 2900 metrów (z 1500), dostać się do Cachory i stamtąd do Cusco. Skończyło się nam jedzenie. Wyruszamy o 6:45, póki słońce jeszcze nie praży. Planujemy zjeść śniadanie w Chiquisca (300 metrów przewyższenia, 2 kilometry). Dochodzimy tam na 9. Nikogo nie zastajemy. Chwila konsternacji. Nie możemy iść dalej z pustymi żołądkami. Robimy „włam” do sklepu (który de facto był otwarty), częstujemy się bananami i colą. Zostawiamy tyle pieniędzy, ile wydaje się nam odpowiednie, pamiętając cenę coli sprzed 2 dni. W końcu pojawia się właścicielka. Okazuje się, że za tą kwotę dostaniemy jeszcze więcej bananów. Niestety, pomimo głodu wyraźnie czujemy, że to jedne z gorszych, jakie jedliśmy…

Choquequirao

Następny cel to już Abra Capuliyoc. Wspinaczka jest dla nas mordercza. W pełnym słońcu, wciąż pod górę. Pomimo, że mamy ze sobą 4 litry wody, ta szybko się kończy. Plecaki wydają się być z każdym krokiem cięższe. Nawet nie podziwiamy już widoków. Wszystkie baterie do GoPro padły. Z bezsilności, zaczynamy skakać sobie do gardeł.

Choquequirao
Ścieżka powrotna w pełnym słońcu.

7 godzin zajmuje nam przejście tych 9,5 kilometra i 1000 metrów przewyższenia. Jeśli kiedyś się nam wydawało, że byliśmy krańcowo zmęczeni to rzeczywiście – tylko się nam wydawało. Po dojściu do Abra Capuliyoc nie mamy nawet siły mówić. Wiemy już, że dalej nie pójdziemy, choć stąd droga do Cachory jest już w miarę prosta. Kupujemy coś do picia. Prosimy właścicielkę, by załatwiła nam transport do miasteczka. Mówi, że jej mąż po nas przyjedzie. Niestety, przez pół godziny nie udaje się jej złapać zasięgu. Jeszcze nigdy nie zależało nam tak bardzo na sprawnej sieci komórkowej.

 

W międzyczasie dochodzą spotkani dzień wcześniej francuzi. Rzut oka pozwala nam ocenić, że nie tylko nas zmordowała ta trasa. Z wielką ochotą przyłączają się do naszego pomysłu. Dodatkowym plusem jest, że lepiej mówią po hiszpańsku. No i dla nas będzie taniej, podzielimy się kosztem transportu.

choquequirao

W końcu przyjeżdża mąż właścicielki. Francuzi dogadują się, by zawiózł nas dalej, do Curawasi. Płacimy 37 soli za osobę. W tym stanie zapłacilibyśmy nawet więcej. 🙂 Do Curawasi dojeżdżamy już po zmroku. Mamy szczęście. Od razu łapiemy taksówkę do Cusco za 20 soli za osobę, znów razem z poznanymi francuzami. Do czteroosobowego samochodu wchodzi 6 pasażerów i kierowca. Siedzimy sobie nawzajem na kolanach, bagaże trzyma osoba siedząca wyżej. Samochód jest dosłownie zapakowany po dach. Jedna z pasażerek zdejmuje buty. Tego jest za dużo nawet dla kierowcy. Kategorycznie każe jej się ubrać. Nie czujemy nóg, a już po kilkunastu minutach jazdy także pośladków. A przed nami jeszcze 2 godziny!

Cusco
Cusco.

W Cusco jesteśmy przed 22. Ledwo mamy siły wyjść z pojazdu, wszystko nam zdrętwiało. Ale udało się! We did it! Jeszcze nie czujemy euforii czy choćby dumy. Na to przyjdzie czas później. Dużo później, kiedy wspomnienia i zakwasy przestaną bolec. Póki co, trzeba coś zjeść. A potem złapać taksówkę do hostelu – myśl o przejściu jeszcze kilkuset metrów przyprawia nas o mdłości.

Odbyliśmy ten trek w 2015 roku. Człowiek to takie dziwne stworzenie, które z czasem zapomina to, co złe, a pamięta tylko dobre momenty. Więc powoli rodzi się w nas duma. Teraz wiemy, że było warto. Ba, bylibyśmy w stanie to powtórzyć. Zaczynamy tęsknic za trekkingiem. To chyba uzależnia.

choquequirao

PODSUMOWANIE KOSZTÓW (ZA OSOBĘ):
Bus Cusco – Curawasi – 15 soli
Taksówka Curawasi – Ramal – 12 soli
Samochód Ramal – Abra Capuliyoc – 35 soli
Rozbicie namiotu w Santa Rosa – 5 soli (za namiot, niezależnie od ilości osób)
Jedzenie i picie na trasie, łącznie: 38 soli (w tym dwudaniowy obiad, kilka bananów i różne napoje)
Bilet do Choquequirao – 37 soli
Samochód z Abra Capuliyoc do Curawasi – 37 soli
Taksówka Curawasi – Cusco – 20 soli

Łącznie: 199 soli za osobę (na dzień dzisiejszy 224 złote). Gdyby zaczynać i kończyć trek w Cachora, wyszłoby ok. 50 soli mniej. W Agencji turystycznej cena, przy grupie 2 osobowej, to ok. 1000 dolarów za osobę. Jest różnica. 🙂

CO WZIĄĆ ZE SOBĄ:
Namiot, śpiwór, karimata z izolacją, szybkoschnący ręcznik, latarka (najlepiej czołówka), scyzoryk, papier toaletowy (!), gotówka. Żałowaliśmy, że nie wzięliśmy ładowarki solarnej.

Bielizna termoaktywna (zimne noce), ponczo przeciwdeszczowe (my swoje kupiliśmy za ok. 10 zł w Ikea, są na tyle szerokie, że zasłaniały też nasze plecaki; w Cusco peleryny kosztują dolara, jednak są wykonane z o wiele słabszego materiału), dobre buty do trekkingu, kijki trekkingowe, coś na głowę, najlepiej z rondem, krem z wysokim filtrem UV, repelent, apteczka pierwszej pomocy, wilgotne chusteczki antybakteryjne, japonki (przydatne pod zimnym prysznicem).

sandyfly
Wszechobecne muszki z rodziny kuczmanowatch to największy problem obok zmęczenia. Żywią się krwią, repelenty nie działają a drapanie tylko pogarsza sprawę.

Jedzenie: ogólnie w całym parku panuje zakaz wzniecania ognia, jednak spotkani francuzi mieli ze sobą mały palnik gazowy i pichcili na nim zupę. Ciepły posiłek można zakupić w Marampata. My wzięliśmy pieczywo, polskie kabanosy, orzechy pekan (niestety, w upale zjełczały), zbożowe przekąski i czekoladę. Na trasie kupowaliśmy banany i coca colę na podniesienie cukru. Wodę można uzupełniać z lodowcowych strumieni, jednak trzeba mieć jej zapas (są odcinki, gdzie przez kilka kilometrów nie natkniemy się na wodę zdatną do picia). Nie używaliśmy tabletek do uzdatniania wody i nie odczuliśmy żadnych skutków ubocznych.

choquequirao

CHOQUEQUIRAO – PODSUMOWANIE ETAPÓW:
1 dzień:
Cusco – Curawasi – Ramal – Abra Capuliyoc – transport samochodowy. Dalej zejście z 2950 na 1500 m. n.p.m. na odległości 10 kilometrów, następnie wejście na wysokość 2200 m. n.p.m. na odcinku 4 kilometrów. Nocleg w Santa Rosa.
2 dzień: wejście z 2200 na 2900 m. n.p.m. (Marampata) na odcinku 3 kilometrów, dalej 4 kilometry trasy góra-dół do pola namiotowego tuż przy Choqequirao
3 dzień: do 13 zwiedzanie stanowiska, następnie zejście z 3050 do 1500 m. n.p.m. na odcinku 11 kilometrów. Nocleg w Playa Rosalina.
4 dzień: 10 kilometrów i 1450 metrów przewyższenia, czyli trasa z Playa Rosalina do Abra Capuliyoc. Stamtąd samochód do Curawasi i taksówka do Cusco.

2 myśli w temacie “Choquequirao – 64 kilometrowy trekking do stolicy Inków”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.