Dziennik z podróży – Belize – Dzień 1 – Podróż – Raj, legwan i San Escobar

Belize – Dzień 1 – Dziennik z podróży

Belize to jedno z niewielu państw na południe od Teksasu z urzędowym językiem angielskim. Jedną z jego przybrzeżnych wysp jest Ambergris Caye. Madonna, w swojej piosence, nazywa ją La isla bonita. Z kolei polski minister spraw zagranicznych wspomina o podpisanych w 2016 roku umowach – zarówno z karaibskim Belize, jak i z wyimaginowanym San Escobar. Czy warto więc zagłębiać się w te rejony świata? Oto relacja z naszej podróży.

Do Belize pierwszy raz dostaliśmy się zupełnie przypadkowo. Będąc w Gwatemali, po tygodniu zwiedzania tego wulkanicznego kraju (np. wulkanu Pacaya), postanowiliśmy odpocząć gdzieś parę dni. Skoro wybrzeże Gwatemali nie zrobiło na nas „wow” wrażenia, postanowiliśmy przedostać się na wschód, na wybrzeże Morza Karaibskiego. W końcu, gdzie jak nie na Karaibach wypoczywa się najdoskonalej. 🙂 Więc wyruszyliśmy.

Nasza trasa po Belize. Lądowa – Morska – Powietrzna.

BELIZE CAYE CAULKER – WYJAZD Z GWATEMALI:
Nasza trasa z Flores, w północnej Gwatemali, rozpoczęła się 22 października 2014 roku o 5.00 rano. Już prawdziwie znudzeni włóczęgami po archeologicznych pozostałościach Tikal, z przyjemnością rozsiedliśmy się w klimatyzowanym vanie, który miał nas zawieść wprost do starej stolicy Belize – Belize City. (Zawsze obdarzałem sporym szacunkiem i radością kraje, których nazwa stolicy jest tożsama z nazwą państwa. Szczególnie ucząc się geografii. 🙂 Niestety, od 1970 roku stolicą Belize jest już Belmopan)

Peten Itza
Pożegnanie z Flores i Tikal – wieczór nad jeziorem Peten Itza.

Droga mijała nam dość komfortowo i leniwie jak na warunki środkowoamerykańskie, jedynie mała stłuczka, zakończona pękniętą przednią szybą, urozmaiciła naszą trasę. Na szczęście ani nam, ani pojazdowi nic się nie stało, więc mogliśmy jechać dalej. Szczęśliwie kierowca dowiózł nas około 7 rano do granicy, gdzie mógł odpocząć, gdy służby graniczne pastwiły się nad nami i naszymi bagażami. Istnieje surowy zakaz wywożenia owoców z i do Gwatemali, nawet między poszczególnymi jej regionami. Grasuje jakaś żarłoczna muszka, której larwy żerują w owocach, i są w stanie, w optymalnych dla siebie warunkach, zniszczyć każdą plantację. Co oczywiście może zachwiać i tak łamliwą gospodarką eksportową tego kraju. Dlatego każdy większy bagaż, nasz przede wszystkim, został dokładnie skontrolowany.

Świńska cholera Belize
Natomiast w Belize boją się świńskiej cholery.

BELIZE CAYE CAULKER – PRZEJŚCIE GRANICZNE:
Właśnie w trakcie tej rewizji znów musieliśmy doświadczyć sporego zakłopotania. Jeden z celników kazał nam publicznie wyciągnąć nasz zestaw kilkunastu luff – czyli gąbek morskich. Kupione były w Monterico, przy granicy z Salwadorem, na początku naszej wizyty w Gwatemali. Już od tamtego czasu musieliśmy wozić je ze sobą przez cały czas, nieustannie rozśmieszając nimi tubylców. Były bardzo tanie, w Europie nieosiągalne w takich rozmiarach (1 m) i idealne na prezent dla rodziny. Niestety, ich wielkość powodowała, że zajmowały masę miejsca w plecakach, a dopiero we Flores postanowiłem je rozpłaszczyć i dzięki temu zyskaliśmy naprawdę sporo brakującej przestrzeni w naszych ‚tobołkach’. Na szczęście, gąbka posiada pamięć kształtu i wystarczyło ją zmoczyć w Polsce, by wróciła do dawnej wielkości. Niestety, naszej fascynacji tymi szczątkami zwierząt morskich i radości z powodu okazyjnej ich ceny, nikt z Gwatemalczyków nie rozumiał, również w Melchor de Mencos, gdzie opuszczaliśmy Gwatemalę.

Gąbka z Gwatemali w trakcie kociej inspekcji. Woziliśmy takich beztkankowców 7 sztuk przez trzy tygodnie. 🙂

Trasa po drugiej stronie granicy to była zupełnie inna bajka. Jako członek Commonwealth realm, Belize posiada iście odmienne od latynoskich … tak naprawdę posiada wszystko odmienne. Począwszy od zachowania ludzi w sklepach, kolejkach i na drodze, a skończywszy na architekturze, języku i organizacji życia. Droga prowadząca do Belize City była świetna (co prawda brak lasu deszczowego ułatwił jej wytyczenie), więc szeroką arterią dojechaliśmy do starej stolicy kraju w niecałe 3 godziny.

Belize City
Belize City z lotu ptaka.

BELIZE CAYE CAULKER – BELIZE CITY:
Miasto Belize nas nie porwało, miano City zawdzięcza chyba tylko swojej rozległości i liczebności mieszkańców, na pewno nie posiadanej katedrze (która była zawsze elementem różniącym brytyjskie city od town). Zresztą nie musiało to miasto nas zachwycać urodą, miało jedynie pozwolić nam się dostać na upatrzone wcześniej przybrzeżne koralowe wyspy: Caye Caulker i Ambergris Caye. A tam, jak się okazało, było już absolutnie cudownie. Żałujemy tylko (to rada dla chcących odwiedzić Belize), że zaczęliśmy pobyt od koralowej wyspy (caye) Caulker, która okazała się najlepszym z możliwych wyborów. Ambergris Caye – mimo, że to ta osławiona przez teledysk Madonny wyspa – wypadła bardzo miernie. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Belize City
Belize City.

Belize City

BELIZE CAYE CAULKER – BELIZE CITY PORT:
W porcie Belize City udało nam się złapać łódkę płynąca do Caye Caulker. Czekaliśmy na nią raptem 40 minut. Łodzie pływają kabotażowo aż do San Pedro na Ambergris Caye. Zjedliśmy więc jakieś lekkie śniadanie, zakupiliśmy dodatkową parę japonek, skoro kilka dni wcześniej zgubiłem jeden but w trakcie szamotania się z mieszkańcem Gwatemala City, 🙂 i około 12.00 odpłynęliśmy na upragnione Morze Karaibskie.

Belize City
Port w Belize City.

Belize City

Belize City

Po drodze spotykaliśmy stada płaszczek pływających z niezwykłym wdziękiem pod naszą łodzią, a na dnie przejrzystej zatoki liczyliśmy leżące czerwone rozgwiazdy gigantycznej wielkości. Za nami zostawialiśmy kilwater silnika i zgiełk ruchliwego miasta, a przed nami roztaczało się koralowe Morze Karaibskie i wyspa, o jakiej nawet nie śmieliśmy śnić.

Belize City

Belize

BELIZE CAYE CAULKER – WYSPA:
Po dotarciu do portu w Caye Caulker, który okazał się zwykłym drewnianym pomostem, jedynie odrobinę głębiej wchodzącym w morze niż inne, od razu się uśmiechnęliśmy. To było to, o czym marzyliśmy. Odludna wyspa w sam raz dla introwertyków takich, jak my. 🙂 Nasz mały raj.

Rada nadzorcza Cook-and-Travel.pl Jeszcze nie wiedzą, że szef tego turnusu czeka na ganku ich domku.

Belize

Belize

Belize

Trasę do wynajętego domu pokonaliśmy rozbawieni z zachwytu. Nie przeszkadzał nam gorący piasek, niewygodna nowa para japonek, żar lejący się z nieba i leniwa atmosfera wyspy. O to właśnie nam chodziło. O spokojny wypoczynek bez hordy turystycznych idiotów szukających drinków i towarzystwa. Nasz domek – ‚fioletowa landryna‚, prezentował się bajkowo i co najważniejsze, znajdował się na odludnym południu wyspy (Ignacio’s Cabins).

Ignacio's Cabins
‚Fioletowa landryna’ – fioletowa tylko od frontu. 🙂

Caye Caulker

Ostatni zamieszkały teren przed namorzynowymi mokradłami. Cudownie.

Caye Caulker
Belize – namorzyny w Caye Caulker.

Niestety, lokalizacja ta łączyła się z jedną małą niedogodnością – nasz domek był już zamieszkały przez kilka dzikich stworzeń, między innymi przez 1,5 metrowego legwana.

Caye Caulker iguana
Szef naszego turnusu.

BELIZE CAYE CAULKER – LEGWAN:
Wyperswadowanie mu wyboru jego habitatu, jak i nam perspektywa zmiany ‚fioletowej landryny’ na inny równie neonowy domek, było wręcz niemożliwe. Muszę zaznaczyć, że fioletowy kolor ma dla nas (żeńskiej części), niebagatelne znaczenie. 😉 Używając już wprowadzonej wyżej narracji biologicznej, postanowiliśmy stworzyć pewien rodzaj relacji symbiotycznej. Obiecaliśmy gadzinie, że zajmiemy tylko wnętrze domu, a on ma nie pchać się do środka, za to my zostawiliśmy mu cały taras, dach i całą jego okolicę na wyłączność (w tym czasie nie było poza nami żadnego turysty). Chyba układ został zaakceptowany, bo legwan nie wlazł nam nigdy do domu, choć szczeliny między deskami były spore, a my staraliśmy się dość śpiesznie przemieszczać po jego rewirze w drodze do wody.

Caye Caulker
Legwan zielony (Iguana iguana L. 1758) w brązowej formie.

Czasem wracając do ‚fioletowej landryny’, spotykaliśmy go na naszym tarasie, przed drzwiami, gdy wygrzewał swoje cielsko w promieniach słońca. Jednak gdy tylko nas dostrzegał, powolnie, z dumą godną potomka t-rexa, opuszczał ganek, pozwalając nam dopełnić warunków zawartej umowy. Czyli wrócić do naszych plecaków i łóżka.

Caye Caulker to tak naprawdę dwie wyspy: południowa zamieszkała i północna zupełnie dzika.
Belize
Belize – Caye Caulker – widok na północną wyspę.

Jeśli kiedykolwiek los zabierze Cię w te okolice, polecam z czystym sumieniem to miejsce. Jest bajeczne! Na wschód od Caye Caulker ciągnie się cudowna rafa barierowa, a wyspa znajduje się na środku gigantycznej laguny, dzięki temu woda zawsze jest tu ciepła, nawet w trakcie pory deszczowej.

Belize

Belize

Co prawda ta lokalizacja, jak nas poinformował właściciel domków, ma swoje mankamenty. Średnio co 40 lat jest kompletnie zalewana wodą. Ale to nas w tamtej chwili nie interesowało absolutnie (jak się okazało, do czasu), tym bardziej w trakcie pierwszej, zaraz po przyjeździe prowadzonej z nim, niezwykle kurtuazyjnej rozmowy. Przestępowaliśmy z nogi na nogę, marząc, aby w końcu dał nam ten cholerny klucz, pozwolił się rozpakować i dać upust naszej zwierzęcej chęci wskoczenia do wody na bombę.

Belize
Prywatne molo na Caye Caulker.
Belize
Nasz domek na palach. Ten fioletowy.

Mając do dyspozycji prywatny pomost, nie potrzebowaliśmy wiele czasu aby się na nim znaleźć w oka mgnieniu. Po drodze, zostawiając nasz dobytek w ‚landrynie’, rzuciliśmy jedynie niepewne, ukradkowe spojrzenia w kierunku naszego zmiennocieplnego współlokatora, który widząc naszą fascynację pomostem, musiał uznać nas za niezwykłych dziwaków.

Belize

Belize

Woda była obłędna. Spędziliśmy w niej większość dnia, czasem tylko wychodząc w celu napojenia się, odpoczynku czy poprawienia czegoś w sprzęcie do snorkelingu. W wodzie było pełno różnych gatunków ryb, skorupiaków, masa tych gigantycznych rozgwiazd, które zawzięcie liczyliśmy w trakcie rejsu na wyspę, jednym słowem bajka, brakowało tylko głosu pani Krystyny Czubówny, opowiadającej o tych cudownościach. Nie przeszkadzało nam nawet to, że w okolicy jest dość dużo trawy morskiej, ale to właśnie dzięki niej było tu tak wiele stworzeń. Jak łatwo się domyślić, na koniec dnia nasze dłonie namokły jak u żab.

Belize

Belize

Belize

Belize

BELIZE CAYE CAULKER – MIASTECZKO:
Późnym popołudniem postanowiliśmy w końcu iść coś zjeść, a przy okazji obejrzeć wyspę i obadać, co gdzie się znajduje.

Caye Caulker

Caye Caulker

Caye Caulker to długa, ale bardzo wąska wyspa, równoległa do kontynentalnego wybrzeża Belize, więc zwiedzenie jej w jedno popołudnie nie nastręczyło nam trudności.

Caye Caulker

Jakie było nasze szczęście, gdy uświadomiliśmy sobie, że północny kraniec wyspy to zagłębie aż 3 barów z dyskoteką – gdybyśmy tam trafili, byłbym szczerze załamany.

Caye Caulker

Północna część okaże się idealnym miejscem dla osób chcących rozerwać się towarzysko. Nasza fioletowa landryna to zupełnie inny biegun turystyki. 🙂

One barrel rum Belize
One barrel to lokalny rum, na bazie którego wypijesz najdziwniejsze koktajle.

Caye Caulker

Na kolację, na koniec przechadzki, zamówiliśmy jakiegoś lokalnego hamburgera i tradycyjny lunch belizyjski. Był w sumie taki sam jak tradycyjny lunch gwatemalski, ale może to jakaś post majańska tradycja tego regionu. 🙂

Caye Caulker

Caye Caulker

Samo Caye Caulker utrzymuje się z turystyki. Hotele, pensjonaty, kawiarnie, biura wynajmujące łodzie, akwalungi itp., kontrastują z jednym jedynym sklepem (bogato zaopatrzonym w tutejsze cygaretki), dziwnymi znakami drogowymi i jeżdżącym rowerem po całej wyspie rastafarianistą handlującym naturalnymi produktami ziemi. 😉

Caye Caulker
Jedyny sklep na Caye Caulker.

Caye Caulker

A jeśli chodzi o dziwne znaki drogowe, to warto zauważyć, że na wszystkich belizyjskich wyspach koralowych głównym środkiem lokomocji jest meleks. Mimo że czasem można zobaczyć zwykły samochód, to jednak ekologiczny elektryczny pojazd dominuje na tutejszych ‚szosach’.

Caye Caulker

Caye Caulker

BELIZE – CAYE CAULKER – SKRZYDELNIK WIELKI:
Wracając po kolacji do naszej filetowej landrynki, zastanawiając się, czy przypadkiem nasz legwan nie wlazł nam już do domku, zbieraliśmy muszelki. Jest ich na wyspie zatrzęsienie. Wszędzie leżą kolorowe drobiazgi, ale równie często spotyka się gigantyczne okazy skrzydelnika wielkiego Strombus gigas – wielkości piłki siatkowej. Niestety, tych okazów muszli nie można wywozić z wyspy bez specjalnego pozwolenia, pomimo, że jest ich zatrzęsienie.

Strombus gigas Skrzydelnik wielki
Muszla Skrzydelnika wielkiego (Strombus gigas)

Spędziliśmy wieczór leżąc na naszym pomoście, paląc miodowe cygaretki i obserwując majaczącą w oddali, nad kontynentem, burzę z piorunami. Pierwszy raz widzieliśmy taki rodzaj wyładowań, były to tak zwane poziome pajęcze pioruny, przeskakujące między chmurami, ale nie uderzające w ziemię. Wspaniałe.

Caye Caulker
Zachód słońca nad ‚fioletową landryną’.

Leżeliśmy więc przytuleni, zachwycając się tym zjawiskiem, aż uświadomiliśmy sobie, że zaczęło padać, a burza już nie jest daleko nad lądem, tylko powoli zaczyna dopadać naszej wyspy. Szybka translokacja do ‚landryny’ była dopiero początkiem mojej przygody. Muszę nadmienić, że późniejsze wydarzenia są już wyłącznie moją opowieścią, gdyż Ona, uwielbiająca burze, zasnęła w przeciągu kilku minut, zostawiając mnie samego na polu walki.

BELIZE – CAYE CAULKER – BURZA:
Zaznaczę, że ja również uwielbiam burze i spanie w jej trakcie, ale nawałnica, jaka zaatakowała wyspę, była na tyle gwałtowna, że mnie przeraziła. I wstydliwie muszę przyznać, że tylko mnie. Nasz domek był ustawiony na palach (1- ja nie ufam żadnej konstrukcji z drewna), ściany naszej fioletowej landryny były wykonane z niezobowiązująco ułożonych, cienkich desek z drewna tropikalnego (2- uznaję tylko dębowe konstrukcje). Okna to zwykłe otwory z żaluzjami z tego samego drewna, a dach to niby blacha falista (3- wiem, że blacha jest jak sito, bo przebija się ją zwykłymi papiakami). Jednym słowem – musiałem przygotować się na ewakuację. 😀

Belize
Niestety po przypłynięciu na wyspę Caye Caulker, nie przyłożyliśmy się do porządków, więc miałem zajęcie w nocy. 🙂

Oczywiście generatory na wyspie wyłączono, więc pośpiesznie porządkowałem nasz dobytek, a wręcz pakowałem go, w towarzystwie naszej wysłużonej, mrugającej latarki. Jak tylko mogłem, szczelnie zabarykadowałem okna i drzwi, jednocześnie zastanawiając się, czy nasz legwan nie potrzebuje pomocy. Wyszedłem więc na ganek: wiał okropny wiatr, deszcz padał dosłownie poziomo, a pioruny uderzały w lustro morza kilkadziesiąt metrów od nas. Mimo, że był to środek nocy, chwilami było jasno jak w dzień. Rozumiejąc, że legwan znalazł sobie jakąś inną kryjówkę, bo nie czekał jak zwykle na ganku, wróciłem do środka planować dalszą część ewakuacji.

Belize
Nadchodząca burza widziana z pomostu.

Gdy nasze bagaże zostały już kompletnie spakowane i ustawione na środku pomieszczenia, na podwyższeniu z krzeseł, w miejscu w jakim, jak mniemałem, dach i ściana są najwytrzymalsze, zrozumiałem, że tak przygotowany mogę spróbować spokojnie zasnąć. Pokrzepiające zdanie, które usłyszałem, gdy w końcu ładowałem się do łóżka, brzmiało ‚Skończyłeś?’. Wiedziałem, że gdy ja opracowywałem najdrobniejsze szczegóły naszego rescue, Ona spała w najlepsze, w błogiej nieświadomości, że jej kosmetyki, bibeloty i ubrania znów są w plecakach, gotowe na wyjazd powrotny. Tej nocy Ona spała w bajecznym Belize, a On pakował się do bezpieczniejszego San Escobar. :p

Belize krab

Co działo się dalej przeczytasz tutaj.

BELIZE CITY – PRZYKŁADOWE CENY:
opłata wyjazdowa z Gwatemali!- 20 GTQ (10 PLN)/osoba
klapki kupione w porcie. słabe – 7 BZD (1 BZD = 1,8 PLN)
coca cola – 1 BZD

 

3 myśli w temacie “Dziennik z podróży – Belize – Dzień 1 – Podróż – Raj, legwan i San Escobar”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.