Dominikana z biurem, ale po swojemu. Początek

DlaDominikana – La Altagracia – Punta Cana
Pierwsza europejska udokumentowana podróż do Ameryki odbyła się trzema statkami, w 1492 roku. Moja konkwista zaczęła się w 2008 roku. Uzbrojony w 1 aparat, siatkę na motyle i walizkę kilku ubrań – ruszyłem. Cel – Dominikana. Pierwszy raz z biurem podróży. (Pierwszy i jak na razie ostatni) Mimo to, udało mi się „wywczasować” po swojemu, jednocześnie poznając klasyczne uroki komercjo-turyzmu.

Dominikana hotel

Korzystając z bajecznie niskiego w tamtym czasie kursu dolara (2 zł, kto to pamięta?), długich studenckich wakacji i niemieckiego biura podróży z jego ofertą last minute, trochę w ciemno wybrałem Dominikanę. Hotel okazał się wyględny, podróż niestety uciążliwa, a noc w Berlinie długa, zmiana czasu do zaakceptowania, lecz woda w Morzu Karaibskim bezkonkurencyjnie pierwszorzędna. Dziś, po kilku latach od tej podróży, po niejednym ciała zanurzeniu we wszelakich morzach świata, wspominam ten pierwszy kontakt z wodą Karaibów z jak najcudowniejszym rozmarzeniem.

Dominikana hotel

Poszedłem na plażę zaraz po przywróceniu się do użyteczności, po locie. Był już półmrok, jednak delikatne światło latarni wyznaczało kierunek, a podpowiedź łamiących się w oddali fal, ułatwiała nawigację.

Dominikana hotel

Plaża była prawie pusta ponieważ wszyscy byli na kolacji, bądź na tematycznych zabawach. Szedłem od niechcenia, zanurzyć nogi w wodzie, która miała otrzeźwić z upału. Temperatura wody okazała się otępiająco ciepła. Nigdy wcześniej takiej nie czułem. Poczułem urok tego karaibskiego raju.

Dominikana hotel

Wieczorem padłem jak mucha dlatego, że próba poznania tutejszych drinków znacząco w tym pomogła. 🙂 To, co napotkałem rano, zrozumie tylko odwiedzający Karaiby. Pogoda i barwy, jakich nie da się opisać. Zdjęcia, jak w platońskiej jaskini, tylko odbijają, niezbyt udanie, cień tego widoku i jego impresji.. Jakieś niezbyt cytowalne uwagi padły z moich ust i już wiedziałem. Otrzeźwieć się tu nie uda. Jedynym wykonalnym zadaniem jest większe rozmiłowanie się w błogostanie.
Dominikana hotel
Dominikana – plaża Bávaro, Punta Cana

Czekał na mnie leżak z parasolem. Na uboczu, blisko wody (i baru jednocześnie). Najlepsze miejsce na plaży. Prawdopodobnie był to głupi fart. Niestety, po kilku dniach, ktoś to miejsce brutalnie podwędził. Dowiedziałem się tylko, że byli to jacyś 'Meksykańcy’.

Dominikana hotel
Dominikana – plaża Bávaro, Punta Cana – N

Przez pierwsze dni nawet tłok na plaży nie wydawał się uciążliwy. Więc, pojedyncze osoby przechodzące obok mojego „VIP-place” były czymś normalnym. Wszystko przez wodę, wciąż ciepłą, słońce ogrzewające do kości i ten stan nie istnienia czasu. Po prostu cudowny raj.

Dominikana hotel
Dominikana – plaża Bávaro, Punta Cana – S

Tak mijały pierwsze dni. Odpoczynek od studiowania, od obowiązków, od wszystkiego. Jako „obywatel” all inclisive, najadlem się jak humbak, zresztą do dziś ukrywam zdjęcia z tego wyjazdu. Jeśli na śniadanie zjadałem klasyczny full English breakfast powiększony czasem o naleśniki z czekoladą, gdy jeszcze przed 12.00 szedłem na hamburgera (potrójnego!) i hot-doga, to formy utrzymać nie mogłem. To, co się działo z moim apetytem popołudniami, przeraża mnie jeszcze do dziś. Dlatego poznawałem, w tak zwanym międzyczasie, hotelowe drinki. Mohito, Sex on the beach czy Cosmopolitan studenta z Polski nie fascynowały. Ale Silver Clark i White russian były cudowną nowością. No i oczywiście cesarz wyjazdu – drink Tiki Tiki. Jak mawiał pewien mędrzec: „Yo-ho-ho, and a bottle of rum!” in Tiki-Tiki.

Tak mijały doby, aż 4 lub 5 dnia postanowiłem w końcu opuścić hotel i zwiedzić okolicę. Łapałem motyle, zbierałem nasiona tropikalnych roślin, robiłem zakupy w pobliskiej miejscowości Bávaro. Udało się również zawrzeć znajomość z mieszkającymi na Dominikanie Polakami, którzy organizują wycieczki. Dzięki nim kilka dni kolektywnie zwiedzaliśmy prowincję La Altagracia, La Romana i wyspę Catalina. Własne samodzielne wyprawy jeszcze przerażały. Aż…

Do samodzielnych eskapad trzeba się jednak przekonać. Dlatego, miałem to szczęście, że zacząłem właśnie tu, od zorganizowanego przez znajomych wyjazdu. Zobaczyłem, jak to wygląda, jak funkcjonuje, i o ile mniej kosztuje. Spodobało mi się. Co jakiś czas, oddalając się od hotelu, dostrzegałem, że nie muszę być do niego uwiązany. Że spotykani ludzie, miejsca i wyzwania zapewniają większą rozrywkę niż rajski resort. Że gdyby nie odważne wycieczki, to po 2 tygodniach na Dominikanie, nie wiedziałbym o niej nic więcej, niż w dniu wylotu z Berlina. A takiej turystyki szczerze nie cenie.

Dominikana – Occidental Grand Punta Cana Resort

Dlatego podjąłem w pełni świadomą decyzje. Będę podróżować jeszcze bardziej sam. Z plecakiem (a nie z walizką), z mapą (czasem wydrukiem z Internetu), ale zawsze już niezależnie. Zawsze po swojemu, zawsze ku nieznanemu i wciąż ku przygodzie.

Dominikana hotel

Dominikana hotel

Z backpackingiem jest jak z wyprawą z 1492 roku. Popłynąć na Hispaniolę (Dominikana i Haiti) było łatwo, pod warunkiem, że ktoś już Wam pokazał drogę, i powiedział, że się uda. Mam nadzieję, że ten blog okaże się dla kogoś takim Kolumbem backpackingu. Bo dziś świat mamy na wyciągnięcie ręki, jak nigdy wcześniej. Wystarczy się odważyć, spakować i go poznać. Dopóki jest to jeszcze możliwe.
Peru - trekking
Trekking z namiotem w Andach. Bez biura podróży. 🙂

2 komentarze do “Dominikana z biurem, ale po swojemu. Początek”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.